Angielski w Kanadzie? A może i… francuski?

Angielski w Kanadzie: Montreal
Angielski w Kanadzie: Montreal

Wakacje właśnie się rozpoczęły i być może niektórzy z Was zastanawiają się nad wyjazdem na zagraniczny kurs językowy. Od razu powiem Wam, że nie warto się zastanawiać ani chwili, warto pojechać! Ale decyzja o tym, na jak długo, dokąd i z kim, już wcale nie jest taka prosta. Aby ułatwić Wam jej podjęcie, staramy się co jakiś czas opisywać kolejne miejsca (przedstawiłam Wam już kurs angielskiego na Malcie i kurs francuskiego w Paryżu, mieliście też okazję przeczytać relację z wyjazdu na Maltę napisaną przez jednego z uczestników naszego corocznego konkursu), a dziś napiszę parę słów o kolejnej, sprawdzonej przeze mnie na własnej skórze destynacji. To… Kanada!

Wybór szkoły

Jeśli chodzi o wybór szkoły językowej, to nie wahałam się ani przez chwilę. Wybrałam Sprachcaffe, czyli szkołę, z której oferty korzystałam już dwukrotnie i za każdym razem wracałam zadowolona. Trochę jak w Rejsie: „lubię te filmy, które znam”… Bo po co ryzykować, skoro można komuś zaufać?

Osiołkowi w żłoby dano…

Gorzej poszło mi z wyborem miejsca – oferta szeroka, a człowiek się nie rozdwoi… Malta kusiła, ale podczas poprzedniego kursu zwiedziłam prawie każdy jej zakątek. Londyn też pociągał, ale jest przecież blisko, można zatem zostawić go sobie na kilka weekendowych wypadów. Trochę kusiło też ekskluzywne Brighton, ze szkolną rezydencją przy samej plaży. Ale i tutaj pojawiła się myśl, że to niedaleko. Może wtedy, gdy będę miała do dyspozycji tylko tydzień lub dwa albo… na emeryturze? 😉

Tym razem mogłam wyjechać na trzy tygodnie, postanowiłam zatem polecieć dalej. USA zniechęca mnie procedurą wizową, więc także i teraz machnęłam ręką. Ale jeśli mamy nowy, biometryczny paszport, możemy lecieć bez wizy do Kanady, tak więc decyzja zapadła – Kanada! Ale… dokąd??? W ofercie szkoły znalazłam Toronto, Vancouver, Calgary, Montreal, Ottawę i Victorię. Wtedy pomyślałam, że mogę upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu i oprócz angielskiego poćwiczyć francuski! Wybrałam zatem Montreal, największe miasto francuskojęzycznej prowincji Quebec. Na jego korzyść przemawiała też bliskość Toronto i Ottawy oraz… wodospadu Niagara! Szybko zarezerwowałam kurs (udało mi się namówić też męża), kupiłam bilety i pozostało tylko czekać na koniec maja. 🙂

Kurs angielskiego

Braliśmy udział w intensywnym kursie dla zaawansowanych (30 godzin tygodniowo). Zajęcia zaczynały się o 9.00 rano, a kończyły o 14.30 (mieliśmy oczywiście przerwę na lunch). Każdy z 90-minutowych bloków prowadził inny lektor, mieliśmy więc okazję posłuchać różnych akcentów (każdy z lektorów był jednak native speakerem). Jeden z bloków poświęcony był przygotowaniu do egzaminu IELTS. Nie mieliśmy co prawda zamiaru go zdawać, ale postanowiliśmy się sprawdzić (o wrażeniach napiszę wkrótce). Choć na początku nie byliśmy zachwyceni wynikami, to już po paru zajęciach czuliśmy się na siłach, aby w razie potrzeby i ten egzamin zdać (to tylko kwestia techniki!).

Szkoła była niewielka, ale dzięki temu uczniowie z wielu krajów mieli szansę lepiej się poznać i poćwiczyć język, rozmawiając. Oczywiście po angielsku można też było (a nawet było trzeba!) rozmawiać z kanadyjskimi rodzinami, u których się mieszkało (szkoła oferowała pobyt w swojej rezydencji albo u tzw. rodzin goszczących). A można było trafić naprawdę dobrze – nasza gospodyni zabierała nas co środę na regaty po jednym z montrealskich jezior, mieliśmy więc też okazję pożeglować! 🙂

Kurs francuskiego

Montreal leży we francuskojęzycznej części Kanady, dlatego szkoła oferowała też zajęcia z francuskiego (nawet zastanawiałam się na początku, czy nie wykorzystać jednego tygodnia właśnie na francuski). Także mieszkańcy w większości komunikowali się ze sobą po francusku, a francuskie napisy towarzyszyły nam na każdym kroku. To nie lada gratka dla tych, którzy uczą się obydwu języków – można nauczyć się szybkiego przełączania między nimi, co zazwyczaj nie jest proste. I to chyba ogromna zaleta Montrealu!

Niespodzianki

A teraz trochę o zwiedzaniu. 🙂 Do Montrealu specjalnie przylecieliśmy kilka dni przed rozpoczęciem kursu, aby mieć czas także i na to. Wynajęliśmy samochód (przez internet, jeszcze w Polsce) i następnego dnia po przylocie wyruszyliśmy w drogę – w kierunku Toronto. Nie obyło się bez kilku niespodzianek. 🙂 Tego, że prawie wszystkie samochody mają tu automatyczne skrzynie biegów, jeszcze się spodziewaliśmy, zaskoczyły nas natomiast limity prędkości (110 km/h na autostradzie – i nie, to nie były mile!), niska cena paliwa (ok. 1 dolara za litr) oraz skrzyżowania ze znakiem „STOP” z każdej strony (jako pierwszy skrzyżowanie opuszcza ten, kto pierwszy do niego dotarł). Ale szybko się przyzwyczailiśmy. 🙂

Tysiąc Wysp i Kingston

W maleńkim Ivy Lea skorzystaliśmy z godzinnego rejsu stateczkiem po rezerwacie Tysiąc Wysp na Rzece Św. Wawrzyńca (to stąd pochodzi słynny sos do sałatek Tysiąc Wysp!), a następnie dotarliśmy do Kingston, jednego z najstarszych miast Kanady. Kanadyjskie miasta sprawiają dziwne wrażenie – oprócz pewnego chaosu architektonicznego (nowoczesne budynki stoją między zabytkowymi – zupełnie przypadkowo) zauważyć można jakąś taką „tymczasowość” – jak gdyby wszystko zostało zbudowane na kilkanaście lat, a potem miało prawo się rozpaść. To pewnie odzywało się zakorzenione w nas poczucie, że należy budować tak, aby stało przez wieki i jeszcze nasze prawnuki korzystały z naszego domu. Kanadyjczycy zazwyczaj traktują budynki jak samochody – kupują je i sprzedają wedle potrzeb, nie przywiązując się do nich zbytnio.

Wodospad Niagara i Toronto

Kolejnym przystankiem było Niagara Falls – miasteczko na granicy amerykańsko-kanadyjskiej. Sam wodospad (a właściwie dwa wodospady) zachwyca, a widok od strony kanadyjskiej jest nieporównanie lepszy od tego od strony USA. Wybraliśmy się też stateczkiem pod samą kurtynę wodospadu i… przemokliśmy do suchej nitki, ale było warto! Samo miasto… niestety. Gigantyczna porcja kiczu, plastikowe goryle, gadające głowy faraona, jedno wielkie, plastikowe wesołe miasteczko. 🙁 Na szczęście z Niagara Falls do Toronto wybraliśmy się malowniczą drogą, biegnącą nad rzeką i jeziorem Ontario, przez lokalne winiarnie i urocze miasteczko Niagara-on-the-Lake, więc nasze poczucie estetyki trochę się odbudowało. 😉

Toronto nas nie zachwyciło – zbyt ruchliwe, hałaśliwe i betonowe (jak na nasze potrzeby), chyba wolimy jednak mniejsze miasta. Dlatego też tak bardzo spodobała nam się Ottawa – zielona, spokojna i przyjazna, choć podzielona rzeką na dwie części – anglo- i francuskojęzyczną (Gatineau). Z Ottawy do Montrealu wracaliśmy przez Góry Laurentyńskie – przepiękną drogą wśród lasów i jezior. Czuliśmy się jak w małej Szwajcarii. 🙂

Quebec i Nowa Szkocja

W ciągu trzech tygodni kursu udało nam się też gruntownie zwiedzić Montreal – miasto ma do zaoferowania naprawdę wiele – parki, muzea, festiwale uliczne, zakupy i… Grand Prix Formuły 1! Mimo że komunikacją miejską można poruszać się bardzo wygodnie, to codziennie po zajęciach i tak przemierzaliśmy od 6 do 10 km, więc na brak ruchu nie mogliśmy narzekać.

Wypożyczyliśmy też samochód na jeszcze jeden, przedłużony weekend i wybraliśmy się w drugą stronę – do Quebec City (stolica prowincji jest przeurocza!) i Halifaksu. Ten port w Nowej Szkocji to także niezwykle ciekawe miejsce, a i pobliskiego Peggy’s Cove nie można pominąć. 🙂 Niestety mgła powstrzymała nas przed wycieczką na Wyspę Świętego Edwarda, ale to dobrze – będzie dokąd wrócić!

Czy warto?

Wróciliśmy zadowoleni i bogatsi o nowe doświadczenia (i znajomości!), ale też bardziej świadomi własnych potrzeb. A zatem na koniec – kilka wniosków. Jeśli chodzi o długość kursu, to dwa tygodnie wydają się optymalne. Jeden tydzień nie ma większego sensu – człowiek dopiero się rozkręca, a już musi wyjeżdżać… Natomiast na poziomie zaawansowanym nie ma już wielkiej różnicy między dwoma a trzema tygodniami (na niższych poziomach każdy tydzień robi różnicę!). Podobny kurs nie zawsze się sprawdzi na wysokim poziomie zaawansowania – trudno rozwijać umiejętności w towarzystwie osób mniej zaawansowanych. W tym przypadku prawdopodobnie lepszy będzie staż (ale o tym napiszę w przyszłym tygodniu).

Tak!

Bez wątpienia jednak osobom początkującym i na poziomie średnio zaawansowanym zagraniczny kurs językowy pomoże błyskawicznie przezwyciężyć barierę językową i osiągnąć wyższy poziom (na intensywnym kursie w ciągu dwóch tygodni można zrobić tyle, ile w jeden semestr!). Także ci z Was, którzy przygotowują się do egzaminów FCE, CAE, CPE czy IELTS, mogą wiele wynieść z takiego kursu. I dlatego niezmiennie twierdzę, że zagraniczny kurs językowy i całodobowe „zanurzenie” w języku to najlepsza inwestycja w wakacje. Sama też już wkrótce na pewno zacznę myśleć o kolejnym wyjeździe. Może… włoski we Florencji? A jeśli Was zainspirowałam i chcielibyście przejrzeć ofertę zagranicznych kursów, to zapraszam tutaj. Nawet jeśli tegoroczne wakacje macie już zaplanowane, to może warto pomyśleć o przyszłorocznych? 😉 Bo wyjazd na zagraniczny kurs to nie tylko nauka. To świetna okazja do zwiedzenia kawałka świata, poznania nowych ludzi i … smaków. A jeśli nie chcecie wypożyczać samochodu czy obawiacie się lokalnych środków komunikacji, to pamiętajcie, że szkoła zawsze proponuje kilka atrakcyjnych wycieczek, np. z Montrealu kursanci mogli pojechać nad Niagarę, do Ottawy, Toronto czy nawet… Nowego Jorku!